wtorek, 09 czerwca 2009
Waga nie może się zdecydować
Specjalnie często nie piszę, bowiem niewiele mam już do napisania. Wiecie, że zgubiłem blisko 20 kilogramów i to chyba wszystko na co mnie stać. Nie dawniej jak w połowie maja, ze zbyt dużą pewnością siebie oświadczyłem, że z ostatnią piątką uporam sie do końca miesiąca. Niestety.
To prawda, że ostatnie 5 kilogramów zgubić najtrudniej. Wyobraźcie sobie, że od dobrych dwóch tygodni waga nie może się zdecydować. Przez ostatnie 7 dni codziennie ważyłem się i oto wyniki: 74, 75, 74 i pół, 73, 75, 73 i pół, 74. Dziwne. Nigdy to "ustrojstwo" nie było tak niezdecydowane. Dalej trzymam dietę i co drugi dzień odwiedzam Bellę. Powinienem zjeżdżać, a tu w górę. Konsultowałem się z trenerem, który wyjaśnił, że przyrastają mięśnie, a wraz z nimi waga. Być może to prawda, ale mi się nie podoba i już!
Co robić??? Czekam na wasze podpowiedzi!
Mariusz na O.dchudzie
PS. Może wymienić baterie?????
czwartek, 04 czerwca 2009
Siódemka to szczęśliwa liczba
Kilku rzeczy jestem pewna po tych prawie trzech miesiącach życia „na odchudzie”. Po pierwsze siłownia – to super miejsce i choć jestem wyjątkowo zapracowana – w jakiś absolutnie cudowny sposób udaje mi się znaleźć na nią czas. W czasie wakacji zrobię sobie małą przerwę i wracam do Bella - Line we wrześniu. Półtorej godziny ćwiczeń to dla mnie wyjątkowa sprawa - bo robię coś dla siebie – tylko dla siebie.
Po drugie fajne przymierzać odzież, które do tej pory były poza moim zasięgiem i obserwować spadek z bioder i oponek (określenie mojej koleżanki Gosi na fałdki, które tworzą się nad talią) większość kobiet wie o czym mówię. To jedna z nielicznych tendencji spadkowych, które szczerze i prawdziwie cieszą.
Ale ja zyskałam znacznie więcej niż mniejszy rozmiar , lepsze samopoczucie i dumę że daję radę. Jestem osobą słabego zdrowia – od dziecka do dziś pod opieką kilku poradni. Średnio raz na 6 – 7 lat przychodzi pogorszenie kiedy odczuwam mocno, że moje ciało nie chce działać w tempie odpowiednim do mojego temperamentu i zapału. Od miesiąca się z tym borykam. Wczoraj kardiolog, który opiekuje się mną od dziecka orzekł, po serii wielu badań, że moja kondycja jest do pozazdroszczenia. Z absolutną pewnością dodał, że sama sobie pomogłam dzięki treningom i bieganiu, a na recepcie pojawi się jeden farmaceutyk mniej. Mam więc dzięki mojemu "odchudowi" szansę na łagodniejsze przejście mojego kryzysu zdrowotnego.
To nie wszystko. Jestem bardzo energiczna i szybka – więc wcześniej kiedy dopadał mnie kryzys zdrowia – przychodziła też depresja i objadanie się. Dobrze działa na samopoczucie ale niestety na bardzo krótko i na pośladkach przybywa, w efekcie jest podwójnie źle. Tym razem więc udaje mi się przetrwać bez wielkiego podjadania – choć zdarzały mi się dni kiedy krówka ratowała mi życie.
A kondycję rzeczywiście mam niezłą. W czasie pierwszej wycieczki rowerowej wykończyłam moich przyjaciół zbyt ambitną i długa trasą – jak na rozpoczęcie sezonu rowerowego. I uszczęśliwiam moje psy, które uwielbiają spacery ( to też dołożyłam do moich rytuałów), choć teraz kiedy czuję się gorzej – to zdarzają mi się dni, że nie daje rady wstać i wyjść.
Na pewno zmienił się mój organizm. Już nie potrzebuje tyle jedzenia i kiedy zdarza mi się przesadzić – to zwyczajnie się buntuje.
Stworzyłam też własny ranking najlepszych sałatek podawanych w toruńskich restauracjach i jeden pewnik. Są one niestety często sporo droższe niż tradycyjny obiad z frytkami, mięsem i surówką.
Nie jestem rekordzistką w odchudzaniu – straciłam 7 kilogramów. Wcześniej byłam już na diecie i straciłam więcej – ale to zrzucone w czasie akcji Gazety siedem kilogramów ma większe znaczenie. Ten czas to nie była klasyczna dieta z kartką na lodówce – gdzie z nadzieją odkreślało się kolejny dzień i liczyło czas kiedy ta gehenna się skończy. I po dwóch tygodniach męczarni jadło się oczywiście mniej, bo wspomnienie głodówki było jeszcze silne, ale potem nawyki wracały i kilogramy, tak ciężko utracone - też.
A my mamy początek czerwca – już za dwa tygodnie będę jadła swoje truskawki, dziś objadam się własnoręcznie wyhodowaną rzodkiewką i dmucham na kwitnące na grządce pomidory. Wiosna i lato służy diecie i zamierzam z tego skorzystać.
Beata na odchudzie
poniedziałek, 01 czerwca 2009
Nesnesitelná lehkost bytí, czyli Nieznośna lekkość bytu
Pod takim tytułem miałem opublikować wpis, jednak w ostatniej chwili ocenzurowałem go i zrezygnowałem. Być może wkrótce wyjaśnię dlaczego.
Mariusz na O.dchudzie
sobota, 23 maja 2009
W teatrze o odchudzaniu
Ruszył Festiwal Kontakt. Tradycyjnie do Torunia zjechali stali bywalcy teatralnych wrażeń. Ta ekipa, w takim składzie spotyka się raz do roku, zawsze pod koniec maja. Trzeba, jak to bywa przy takich okazjach, porozmawiać, poplotkować i poopowiadać. Nie trudno się domyślić o czym rozmawiałem.....oczywiście, że o odchudzaniu. Jak ktoś rok mnie nie widział to musiał się dowiedzieć dlaczego i jak to zrobiłem. Pierwsze trzy rozmowy i wyjaśnienia jakoś zniosłem, ale kolejne powodowały już odruch wymiotny (przepraszam). Ile można wkółko o tym samym. Zdaję sobie sprawę, że dla każdego interlokutora to nowość, jednak dla mnie tysięczny raz to samo! I jakby tego było mało Wyborcza, właśnie w dniu rozpoczęcia festiwalu, puściła obszerny artykuł o wynikach akcji Polacy odwagi! umieszczając moje zdjęcie z wynikiem i komentarzem... Na Kontakcie nie brak czytelników tej gazety, więc możecie sobie wyobrazić co się działo. Ale dobrze. Dzielnie zniosłem żmudny proces dekaloryzacji (to moje określenie na odchudzanie) to i przeżyję serię pytań do. Końca nie widać bowiem goście przyjeżdżają i odjeżdżają w różnych terminach. Przez najbliższe kilka dni sporo czasu spędzę w teatrze. Tu też będę kaloryzował się (spożywał część posiłków). Odwiedziłem zatem Maskę (teatralny lokal) by sprawdzić menu. Koleżnka Joanna świetnie się przygotowała: sałatki, sola ze szpinakiem, warzywa na parze itp. Da się przeżyć tę teatralną, ciężkostrawną momentami, sztukę. Czasami wydaje się nawet, że nieświeżą. A takie potrawy nie smakują. Coś pokiełbasiłem :) Mariusz na O.dchudzie
sobota, 16 maja 2009
Finał tuż, tuż!
Do uzyskania proporcjonalnej do wzrostu wagi pozostało mi 4,5 kilograma!!! Moja waga wskazuje 75, 5 kilograma. Proponuję dziś małe "resume". Podsumujmy zatem. Styczeń 2009: ważę 93 kilogramy. Mam problem ze schylaniem się, a brzuch jest strasznie widoczny. W tym samym miesiącu (dokładnie 19 stycznia) kupuję rower treningowy i dziennie, zwykle wieczorami, jeżdżę od 30 do 60 minut. Na koniec lutego dzwoni Natalia Waloch z Gazety Wyborczej i proponuje udział w akcji "Polacy odwagi!". Zgadzam się. Podaję aktualną wagę: 89 kilogramów. 1 marca rozpoczynam dietę razem z serwisem Vitalia i regularne treningi w siłowni Bella Line. Do Belli zapisuję się 11 marca. Trener wykonuje pomiary, podczas których waga wskazuje 86 kilogramów. Jestem konsekwentny. Początkowo wellnes centrum odwiedzam 3 razy w tygodniu. Wykonuję podstawowe ćwiczenia aerobowe i kardio. Po miesiącu zwiększam wysiłek: bieżnia 60 minut, siłownia 30-40 minut oraz dieta (bez cukru, smażonego i tłustego). Bellę odwiedzam 4 razy w tygodniu. Tak w skrócie wyglądała moja droga do 75, 5 kilogramów. Zostało 4,5 do zrzucenia. Ponoć ostatnie pięć schodzi najtrudniej. Zasada się potwierdza, bowiem ostatnimi dniami waga ani drgnie. Ale co tam. Pozbyłem się tylu kilogramów to i z tą piąteczką do końca maja się rozprawię! :) Mariusz na O.dchudzie
Kolejny start
W ostatnią środę biegłem w Top Crossie Tadka Spychalskiego. Jak przyjemnie pokonuje się dystans bez zbędnego tłuszczu na brzuchu. Jak świetnie czuć się sprawnym. Oczywiście do końcowego odchudzania pozostało jeszcze 6 kilogramów. Ale jak pomyślę, że 8 już zgubiłem, to motywacja wzrasta. Jutro w Łodzi postaram się przebiec maraton. Trzymajcie za mnie kciuki.
czwartek, 14 maja 2009
Jestem Buddy Love!

Byłem jak profesor Sherman Klump, który marzył o tym by stać się chudszym. Wiecie, co mam na myśli? Film „Gruby i chudszy”. Klump, naukowiec, którego waga oscylowała pomiędzy 150 a 200 kilogramów marzył o wynalezieniu specyfiku by schudnąć. I znalazł sposób na modyfikację ludzkiego DNA. Tyle, że wypicie mikstury pomagało na chwilę. Może nie byłem jeszcze gabarytowo zbliżony do Shermana Klumpa, ale podobnie jak on marzyłem o smukłej sylwetce. I też znalazłem sposób. Tyle, że skuteczniejszy od „shermanowskiego”. Efekt nie trwa kilkunastu godzin. Ten sposób to oczywiście dieta i wysiłek fizyczny. Teraz już mogę bez wahania stwierdzić, że na stałe przeistoczyłem się w Buddy Love (postać, którą na chwilę stawał się prof. Sherman). I przyznam nieśmiało, że charakterkiem nawet go trochę przypominam… Czy było warto? Odchudzanie lub, jak kto woli, zrzucanie zbędnych kilogramów nie należy do przyjemności. Trzeba się karmić różnymi dziwactwami, wsuwać zieleninę i głównie wszystko to, co wyrasta z ziemi. Nie zawsze smakuje. Godzinami człowiek biega, ćwiczy, naciąga mięśnie, siłuje się z urządzeniami i wykonuje różne, na co dzień obce, figury. Trzeba odmawiać sobie tego, co naprawdę smakuje: czekolady, lodów, schabowych, pieczonych karkówek, tostów i naleśników. Nie wolno zapijać kolą lub innym słodkim napojem. I wyobraźcie sobie, że ja tak od 1 marca do dziś!!! Zrezygnowałem z tego wszystkiego, a w Bella Line znam już chyba wszystkich: od serwisu sprzątającego, przez trenerów, po recepcjonistki. Ale czego się nie robi dla lepszego samopoczucia. Słyszałem ostatnio, że Borys Szyc specjalnie do roli zrzucił kilkanaście kilogramów. W wywiadzie u Kuby Wojewódzkiego przyznał się, że to efekt diety i siłowni, czyli dokładnie tak samo jak u mnie. Efekt gwarantowany! Męczarnie są jednak niczym w porównaniu do efektów. Achy, ochy, setki pytań, podziw - to najkrócej mówiąc reakcje na mój obecny wygląd. A gdzie twój brzuch??? Pytają wszyscy. Co zrobiłeś? Nie jesteś przypadkiem chory? Nie. To nie choroba a efekt diety i zmiany stylu życia. Wręcz przeciwnie. Poprzedni stan mogę uznać za chorobowy. Teraz czuję się lekko, jak nowo narodzony. Ale zmieniłem się. To prawda. Jest mnie dużo mniej. Już jakieś 14 kilogramów. Żona Klaudia zauważyła, że nie śpi już ze słoniem, kolega Łukasz z pracy nie poznał mnie z odległości 1, 5 metra (inna sprawa, że może mieć problemy ze wzrokiem), a koleżanka Ewa pewnego dnia oświadczyła, że wyglądam jak 16 lat temu, kiedy zaczynałem pracę w Radiu Toruń. Najbardziej to chyba martwi się kolega Ryszard, który obawia się, że zniknę. Pomyślicie pewnie, że skoro mnie nie poznają to będę bogaty. Nic z tego! Ja nie mam co na siebie włożyć! To takie damskie stwierdzenie, ale teraz w tej kwestii rozumiem kobiety. To najsmutniejsza strona odchudzania. Skoro pod marynarką i za paskiem spodni noszę o 14 kilogramów mniej to możecie sobie wyobrazić jak leżą spodnie i marynarka. No jak? Jak flaga na maszcie! Spodnie łopoczą w pasie, udach i biodrach, a marynarką owijam się po pachy. Nie mogę już praktycznie niczego nosić. Musiałem pożegnać moje ulubione dżinsy z River Island, marynarki z Zary oraz bluzy i koszule z Sody. Portfel strasznie cierpi, w ruch poszły karty kredytowe. Krawcowa nie podejmuje się aż tak radykalnych poprawek, bo odzież traci fason. Jedna osoba wydaje się być szczególnie z tego faktu zadowolona: to mój ojciec, który teraz nosi całkiem przyzwoite ciuchy. A ja zastanawiam się czy kupować coś nowego, bo za chwilę może być za duże. Cierpienia (na samym początku), wyrzeczenia, trochę silnej woli (cały czas), zakup nowej odzieży (ostatnio kupiłem spodnie w rozmiarze 32/30; takie nosiłem w 1992 roku.) i efekt murowany! Nikt już nie ma prawa nazywać mnie tłuściochem, pasztetem, parówką, spaślakiem, czołgiem, pączkiem, szafą, czy jak tam jeszcze określa się grubasów. Teraz jestem Buddy Love!
czwartek, 07 maja 2009
Gratuluję sukcesów!
Moim "współodchudzaczom", czyli Beacie i Markowi gratuluję sukcesów. Beacie biegania wzdłuż Wisły, a Markowi po drogach krajowych. Ja tam wolę siłownię. Kto tam wie jak biega Beata??? Czy nie przysiada po krzakach i nie odpoczywa przypadkiem, w myśl starej zasady: czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. Siądzie, zapatrzy się na piękne widoki (pogoda sprzyja) i już mija 20 minut. Suma sumarum: pobiegała 10 minut, przesiedziała godzinę. Ale nazywa się, że biegała. A Marka to też nikt specjalnie nie widział na trasie. Zdjęcia pochodzą z mety. Każdy może wskoczyć w sportowy strój i fotografować się. Jutro zrobię sobie takie pod Kopernikiem! Tylko, że zmieniają się, tzn. chudną. A to samo nie przychodzi. Jestem więc w stanie uwierzyć, że bieeeegaaaająąą..... Ale na siłowni niczego nie da sie ukryć. Raz: obserwują trenerzy, dwa: obserwują ludzie, trzy: obserwują kamery. Potrójna kontrola. Mnie to bardziej mobilizuje. To tak jak z ogladaniem filmu w kinie i przed telewizorem. Nie muszę tłumaczyć różnicy. A swoją drogą to postanowiłem sprawdzić ile się da. Zrzucić oczywiście. Trzymam się diety i regularnie ćwiczę. Waga teraz powoli, ale spada. Wczoraj kupiłem nowe spodnie w rozmiarze 32/30. Wiecie kiedy ostatnio takie miałem na tyłku??? W 1992 roku, kiedy jako student pracowałem w sklepie Levis przy ulicy Szczytnej 3. Jak powrót do przeszłości! Mariusz na O.dchudzie
wtorek, 05 maja 2009
Sukces i Zwycięstwo!
Zramolały pochód pierwszomajowy zamieniłem na VII Półmaraton Chełmżyński. O jakże lekko się biegło. Bez 8 kilogramów, które zrzuciełem wraz z Gazetą Wyborczą. Poprawiłem czas i to znacznie. O 22 minuty w porównaniu do zeszłego roku. Rewelacja. A następnego dnia żadnych zakwasów, żadnego zmęczenia. To efekt 623 kilometrów, które przebiegłem w ramach akcji. To też świetnie wróży przed najbliższym maratonem w Łodzi. Wystaruję w nim 17 maja. Zamieniłem siłownię na las. Biegam, biegam, biegam. Jest przepiękna pogoda, i endorfiny, i Sukces i Zwycęstwo! Poniżej dwa zdjęcia z Chełmży.  
poniedziałek, 04 maja 2009
Rower moim przyjacielem
Mariusz - mieszkam na wsi i choć uwielbiam ćwiczyć na siłownii to ładną pogodę wykorzystuję na ruch na świeżym powietrzu. Wczoraj przejechałam 35 kilometrów rowerem na trasie: Bruki Unisławskie - Czarże - Słończ- Rafa - Pień - tu przerwa u mojego brata - Janowo - Dąbrowa CHełmińska - Unisław i ..... dom. Myślałam że nie dojadę. Było super ale boli mnie nie powiem co - bo nie wypada. Odkryłam jeszcze jedną prawdę - Dolina dolnej Wisły jest najpiękniejsza na świecie. Ale uczciwie przyznam że w poprzendim tygodniu ćwiczeń niewiele. To przez grypę - ale absolutnie zwykłą grypę - wyrażę pogląd - świńska grypa - to bzdura - jakiego przemysłu farmaceutycznego czy innego pominę. Na zwykłą umiera rocznie na świecie prawie pół miliona osób - w Polsce w 2008 zmarło 19 i jakoś afery nie ma. A więć zwykła grypa, która mnie zmożyła przeszkodziła mi w ćwiczeniach i sprawiła, że musiałam odłożyć na bliżej nieokreślony termin zabieg laserowy na moim oku. To mnie akurat cieszy - bo trochę sie bałam. Ale wczoraj mimo zawalonego gardła wsiadłam na rower - bo co nas nie zabije - to nas wzmocni. Sprawdziło się i dziś czuję się lepiej psychicznie - ficzycznie również poza jednym narządem. Czyli Mariusz spodziewaj się mnie na siłownii. Beata na odchudzie
|
|